Kamienica numer

03.11.2015

kamienica-cover

Po lewej okno zwykłe, plastikowe, jak w większości budynków. Na parapecie mam wycinanki, magiczny świat wyobraźni, który niedługo nabierze rozpędu. Metalowy szkielet dinozaura (nie pytajcie) długopis, kartki i router – centrum zarządzania siecią w zasięgu mojej ręki. Za oknem, na pierwszym planie smutna latarenka, większa niż to słowo może sugerować. W szeregu puste doniczki, czekające na wiosenny powrót kwiatów, stolik zmyślnie wykonany przez metaloplastyka. Krajobraz dopracowany, nieprzypadkowy,można być rzec – wszystko się zgadza. Na drugim planie świat domysłów i niedopowiedzeń. Może poza parterem, gdzie kwitnie handel szarych zjadaczy chleba. Wyżej gra pozorów i wizerunku stworzonego w ramie 2 i coś na metr, czasem mniejszym.

Pierwsze piętro to oaza spokoju. Ludzie na tym piętrze lubią kwiatki i firanki. Jest tu tylko jedno okno, które nie jest ekspozycją. Na jego parapecie siedzi młoda dziewczyna. Czy siedzi twarzą do świata? Bynajmniej. Siedzi plecami do mnie. Czyta? Nie wiem, wątpię. Może zastępuje krzesło parapetem i patrzy na wnętrze, może je urządza i musi mieć dobrą perspektywę? Czasami pokazuje się przed nią, twarzą do mnie i do niej, pewien młodzieniec. Rozmawiają ze sobą, on jej coś pokazuje… A może nie rozmawiają i nie pokazuje? A może ona jest sadzana na tym parapecie! Och, jednak, nie chce wiedzieć!

Piętro wyżej, trochę bardziej po prawej, mieszka Babka. Ma sto lat, siwe włosy i czerwony szlafrok. Lubi palić, ale chyba ciągle czuje, jakby robiła to po kryjomu, i że w każdej chwili ktoś ją może nakryć. Rozgląda się nerwowo, i co jakiś czas chowa twarz w ręce. Wtedy dym leci na jej włosy, a z tego powstaje chmura, duża jak obłok. Babka nie wie, że na nią spoglądam, choć czasami myślę, że obserwuje mnie bardziej niż ja ją. Gdy nie mam weny albo po prostu mam słabszy dzień, zwalam na nią, że patrzy mi na ręce.

Trzecie piętro to piętro kotar. Ciężkich i miękkich. Czasami zaciągniętych na całe okno, czasami rozchylonych tak, aby strużka popołudniowego światła mogła pogłaskać domowników po policzku. Okna ubrane są także w firanki, na tle, których odgrywany jest teatr cieni, ale tylko w sezonie zimowym i to po 16:00. Jest miłość i ciepło, czasami awantura – jak wszędzie, czasami kot sennie przejdzie się po parapecie, ot całe szaleństwo tego piętra. Choć nie ukrywam, że gdy światła są zgaszone, a kotary poruszają się bezwładnie, to piętro przypomina zamczysko. Kiedy się skupię, to widzę kruka, na drugim oknie sępa i kulę do wróżenia. No dobra, trochę mnie poniosło, ale przysięgam! Skrajnie po lewej to już nie zamczysko, to opuszczony Mordor. Woła do mnie ciemnią. Odwracam wzrok.

Czwarte. Na czwartym jest całkiem inaczej. Okna są mniejsze, domowe. To piętro reprezentuje Pan w koszuli zapiętej pod szyją na ostatni guziczek. Łysiutki Pan jest właścicielem trzech okien z płotkami. Jest to najładniejsza ozdoba, jaką widziałam w życiu, bo przypomina mi bajki rodem z Bielska Białej. Pan jest pogodny, zupełnie inny niż Babka. Czasami w dzień otwiera okienko i patrzy z uśmiechem na świat. Nie wygląda, jakby się czymkolwiek przejmował. Dwa razy widziałam, jak komuś machał. Czy w mieszkaniu z kolorowym płotkiem, może mieszkać ktoś, kto nie ma fantazji? Zastanawiam się kim był, kiedy jeszcze pracował… Chyba cukiernikiem. Chciałabym, żeby nim był. Albo Panem, który kręci watę cukrową. Albo lepiej! Panem od plastyki. Każdy ją lubi. Inaczej z ZPT, które cieszyło się, tak małą popularnością, że nawet współczesne Ministerstwo Edukacji, postanowiło je zlikwidować.
Gdy temperatura spada między oknem, a płotkiem Pan Cukiernik organizuje sobie lodówkę. Gdy robi się ciemno, staje w oknie, bez cienia uśmiechu, spogląda na świat zupełnie inaczej niż za dnia. Czy ma jakiś sekret? A może przygnębia go wieczór albo czuje się samotny? Pewnie nigdy się nie dowiem.

Moje życie w biurze jest spokojne. Mogę myśleć, a nawet wymyślać. Nie ma szefa, który podcina skrzydła. Nie ma koleżanek przemiłych, ale zachęcających do spożywania w ciągu 8 godzin, pokarmów w ilości – strasznej. Nie ma niszczarki, więc jest cisza. Żaden klient nie dzwoni po 18, choć mógłby. Taka kultura pracy.
Kamienica ma numer, ale tylko w mojej wyobraźni.

Patrycja

naczelna etnobotaniczka agencji 25wat. Widzi połączenia i zależności, na które nikt inny nie zwraca uwagi. Czas wolny spędza w podróży, wg niektórych w poszukiwaniu "cholera wie czego", choć ona doskonale wie za czym jeździ. Szczera i uczciwa dusza, która nigdy nie pozwoli swoim podopiecznym odpłynąć zbyt daleko od założonych ustaleń projektu.