W tak zwanej „psychologii koloru” najwięcej znaczeń przypisujemy czerwieni: pobudza, wzmaga agresję, motywuje do działania. Mimo tych barwnych i pełnych pasji określeń ciężko chyba znaleźć jakiś naprawdę dosadny związek frazeologiczny z czerwienią – nawet przysłowiowa „płachta na byka” jest czerwona, ale tylko w domyśle. Można też spłonąć rumieńcem albo – wreszcie – zrobić się czerwonym ze złości na myśl o tym, co poniżej.
Bo widzisz, co innego jest z różowym. W tej samej „psychologii koloru” to tak naprawdę młodszy brat czerwonego – kochliwość, współczucie, wzruszenia, uczuciowość. Można go uwielbiać lub nienawidzić.
Zgodziłby się ze mną fizyk i chemik, ciężko jednak byłoby przekonać rodzica, który właśnie zamówił trzydzieści litrów farby w kolorze „Cotton Candy” na ściany pokoju dziecka.
W skrócie: nie ma takiej długości fali elektromagnetycznej, która odpowiada kolorowi różowemu. Światło widzialne dla człowieka to fale o długości od 380 do 780 nanometrów – bardzo niewielki wycinek całego spektrum. Widzieliście tęczę? Mamy fiolet, niebieski, zielony, żółty, pomarańczowy i czerwony.
Fotoreceptory na dnie ludzkiego oka, które odpowiadają za widzenie barw, występują w trzech rodzajach. Każdy z nich jest najczulszy na inne światło: długofalowe, średniofalowe albo krótkofalowe – z maksimum czułości odpowiednio przy około 560, 530 i 420 nanometrach. Ich zakresy czułości częściowo się nakładają, a nazwy „czerwone”, „zielone” i „niebieskie” to tylko skrót myślowy.
Chociaż tajemnice kolorów zgłębiali już starożytni, to dopiero w XIX wieku powstała naprawdę solidna teoria, zwana trójchromatyczną: teoria Younga-Helmholtza. To Thomas Young wysnuł hipotezę, jakoby w siatkówce oka znajdowały się trzy rodzaje „włókien nerwowych”, które reagują na cały zakres światła widzialnego, ale każde z nich najsilniej na „swoją”, wyspecjalizowaną długość fali. Jednakowe pobudzenie każdego z nich wywołuje wrażenie koloru białego.
Dziś już wiemy dokładniej, że siatkówka to zbiór czopków i pręcików. Pręciki, mimo że jest ich nawet 120 milionów w jednym oku, w uproszczeniu widzą tylko światło lub jego brak: rejestrują jasność, ale nie kolor. Czopków mamy tylko 6–7 milionów, ale to one przydają się najbardziej przy przechodzeniu przez jezdnię. Występują w trzech opisanych wyżej rodzajach i to z ich sygnałów mózg tworzy kolor.
W sytuacji, gdy sygnał dostaje więcej niż jeden rodzaj czopków, nasz mózg – w dużym uproszczeniu – postanawia uśrednić sumę kolorów. Gdy do oka dociera jednocześnie czerwony i zielony – widzimy żółty (czy to banan?). Żółty ma co prawda własną długość fali i miejsce w tęczy, ale mózg potrafi go też złożyć z czerwieni i zieleni – tak samo powstaje żółty na ekranie telefonu.
Prawdziwa magia dzieje się jednak wtedy, gdy do oka trafiają sygnały z obydwu granic zakresu fali: niebieski i czerwony. Wtedy właśnie mózg łamie prawa konwencjonalnej fizyki (oraz stylu) i tworzy nowy kolor – róż – twór gdzieś pomiędzy niebiesko-fioletowym a czerwonym. Ściśle mówiąc, ta barwa spoza widma to magenta, a róż to jasne odcienie między nią a czerwienią.
Różowy nie ma swojego odpowiednika w zakresie fal elektromagnetycznych światła widzialnego. Nie oznacza to jednak, że fani tego koloru znikną ot tak, jakbym niczym Neo zdecydował się na tabletkę koloru… No właśnie, jakiego?
Wszystkie kolory są subiektywne i powstają w naszej głowie – tak właśnie wygląda konstruktywizm w akcji.
A skoro kolor w dużej mierze powstaje w głowie odbiorcy, jego dobór w komunikacji marki nie powinien być przypadkowy. O tym, jak marki grają na zmysłach i emocjach klientów, piszemy w artykule o marketingu sensorycznym. Jak połączyć kolorystykę, typografię i kształty w spójny motyw graficzny, podpowiadamy w tekście 5 rad graphic designera, jak stworzyć key visual.
Chcesz, żeby kolory Twojej marki budowały właściwe skojarzenia? Pomożemy dobrać paletę barw i zaprojektować spójną identyfikację wizualną. Napisz do nas – porozmawiamy o Twojej marce.